Czy jesteś pewien gdzie pracuje twój ojciec ? Czy jesteś pewien, że w małżeństwie twoich rodziców jest wszystko w jak najlepszym porządku ? Jeśli tak to żyjesz w szczęśliwej rodzinie i możesz się cieszyć życiem. Jednak życie Anthonego Dowsona nie należało do udanych. Zniszczył je tak samo jak zniszczył je swoim dzieciom ...
Czy Alexowi i Connie uda się naprawić wszystko po tym jak ich ojciec zepsuł je doszczętnie i z trudem uszli z życiem ? Może jednak tak, a przecież mają tylko po piętnaście lat ...

wtorek, 12 lipca 2011

6.

    Następnego dnia Connie wstała późno, no ale w końcu zaczęły się wakacje. Kiedy podeszła do lustra które znajdowało się nad jej toaletką zobaczyła w nim siebie i wydała z siebie stęknięcie niezadowolenia. Miała po wczoraj napuchnięte i czerwone oczy, okropnie nieukładające się włosy, a do tego wszystkiego ugryzł ją komar w nocy i miała swędzącego bąbla na szyi. 
 Kiedy zeszła na dół stół był pusty, nie było śniadania, które Jenny zawszy szykowała przed wyjściem do pracy. Najgorsze że lodówka też była prawie pusta. Dziewczyna zabrała się za telefon komórkowy i wybrała numer swojej matki. 
- No odbieraj ... - marudziła pod nosem.
- Halo ? - wreszcie odezwał się jej głos w słuchawce.
- Gdzie ty jesteś?! Nawet nic mi do jedzenia nie zostawiłaś! - Jenny wysłuchiwała potok słów swojej córki z cierpliwością po czym zaczęła mówić.
- W szafce są jeszcze dwa rogaliki, do tego nalej sobie soku z kartonu a ja będę za jakieś dwie godziny. Mam zaraz bardzo ważne spotkanie. Taki zawód kochanie. O już muszę iść. Kocham cię, pa ! - i się rozłączyła. Connie posłuchała matki i wyjęła rogaliki kładąc je na talerzyk. Gdy skończyła jeść śniadanie przyszedł sms od Savantii. Connie wypłukała ręce po czym wzięła telefon do ręki.


Spotkajmy się za pół godziny w "Księżycu". 
Stało się coś okropnego ! Sav.


   Connie po odczytaniu sms'a zastanawiała się co mogło się stać i chyba domyślała się że to ma coś wspólnego z wczorajszym wyjściem na piwo.
   Punktualnie pół godziny później była już " pod Księżycem". Był to taki bar, który miała taką nazwę "Bar pod Księżycem". Weszła do środka i od razu ujrzała siedzącą przy stoliku obok okna Savantię z miną jakby miała zaraz się popłakać. 
- Co się stało ? - spytała Connie od razu jak do niej podeszła.
- Matt gdzieś zaginął! - powiedziała ze łzami w oczach.
- Jak to zaginął? Kiedy? - pytała.
- Wczoraj, a właściwie dzisiaj w nocy. Trochę przesadziliśmy z imprezą i alkoholem. Balanga zeszła na psy! Każdy był pijany, nawet ja. Kręciło mi się w głowie chciałam wracać do domu, ale Matt nie chciał. W końcu go przekonałam i powiedziałam, że tylko jeszcze szybko pójdę do toalety. Kiedy wróciłam jego już nie było zresztą jak połowy paczki. Amanda powiedziała, że poszli gdzie indziej się zabawić, bo w tym klubie już im się nudziło. Więc Amanda powiedziała, że jej ojciec odwiezie nas do domu i pojechałyśmy. Byłam strasznie zła na Matt'a, że mnie zostawił, rano ... , rano Josh napisał mi, że nie wrócił po wczoraj do domu. I że w żadnym klubie go nie ma, a do tego nie odbiera telkefonu... - w tym momencie Sav się strasznie rozpłakała.
- Na pewno gdzieś jest. Nie martw się. - powiedziała Connie kładąc ręke na ramieniu koleżanki.
   Kiedy Connie odprowadziła przyjaciółkę do domu i stwierdziła, że do swojego jeszcze nie wraca. Postanowiła pójść do parku, bo to chyba zrobiło się jej najulubieńszym miejscem. Będąc w parku szukała ławki na której wtedy siedziała. Dopatrzyła się pięknej topoli pod którą wtedy siedziała i ławki która była już zajęta przez jakiegoś chłopaka. Podeszła tam. 
- Mogłabym tu usiąść? - spytała dziewczyna patrząc na chłopaka o brązowych oczach i ciemnych blond włosach. 
- Jasne, czemu nie. Jestem Alex. - powiedział i podał rękę. 
- A ja Connie i również wyciągnęła rękę, ale w tym momencie zadzwonił telefon Alexa. Odebrał, po czym schował komórkę. - Muszę już iść. Miło było cię poznać ,yy .. Connnie. - powiedział wstając z ławki i odchodząc. 
- Cześć ... Alex.. - powiedziała pod nosem gdy chłopak odchodził.
   Kiedy Connie wróciła do domu jej mama spała na kanapie w salonie. Podeszła do niej i przykryła ją kocem. Nagle zauważyła leżący obok na stole list. Był otwarty i było to raczej jakieś zawiadomienie. Wzięła papiery do ręki i przeczytała kawałek. To było zawiadomienie ale o czyjejś śmierci. Czytając dalej natknęła się na nazwisko Dowson. To było zawiadomienie o śmierci jej ojca. Rzucając list na podłogę pobiegła do swojego pokoju. 

czwartek, 7 lipca 2011

5.

- No i jak? – zapytała Chelsea, gdy syn wrócił z ósmej lekcji dodatkowej z matematyki czwarty tydzień z rzędu – Jaka będzie średnia z matmy?
- Poprawiłem wszystko na czwórki i będzie.. no dobra. Troszkę poniżej 4.0
- To dobrze – matka uśmiechnęła się – ale stać cię na..
- Na więcej! Wiem to. Ciągle mi to powtarzasz. Dobrze wiesz, że nie potrafię na więcej. Po za tym już nawet nie ma czasu poprawiać ocen. Jutro jest rada.
Dzień zakończenia roku szkolnego był bardzo szczególny, bo Aleksander właśnie kończył naukę w gimnazjum, czyli tak zwane Middle School lub Junior High School. Tak czy inaczej chłopak od następnego roku szkolnego musiał przyjść do nowej szkoły. Do liceum.
- Alex! Zdenerwowany? – zagadnęła go Abigail.
- Końcem roku? Nieee. Gorzej będzie pod koniec wakacji, gdy czeka nas nowe otoczenie. Nawiasem mówiąc, szkoda, że wybrałaś szkołę na drugim końcu miasta.
- Przestań. Będziemy się widywać. To nie jest na końcu świata, Alex! – ucałowała go w policzek i poszła do grupki dziewcząt.
Aleksander właśnie wychodził ze szkoły ze świadectwem w dłoni. Nie było, dla niego, zadowalające. Pożegnał się już ze swoją dawną klasą. Mięli iść do lodziarni na lody ale Aleksander odmówił. Nie miał ochoty na jedzenie. Czuł, że gdyby poszedł z nimi, jego tęsknota by wzrosła. Był wrażliwym chłopcem. Udał się do domu. Po drodze miał odebrać Camillę z przedszkola. Ona już dawno miała zakończenie, ale Chelsea nie miała jej z kim zostawić. Dziadkowie już wyjechali sobie na małe trzydniowe wakacje w góry, jednych teściów nie znała i poznać nie chciała, a drugich nie za bardzo znała i powiedzmy szczerze, że mało im ufała. Tak czy inaczej przyjaciółka Camilli, Olivia poprosiła mamę i Aleksandra aby Camilla mogła do nich pojechać. Dziewczynki chciały się pobawić. Ostatecznie brat się zgodził i wrócił samotnie do domu.
- Cześć – usłyszał chłopak mijając miejscowy supermarket. Zobaczył mężczyznę, którego nigdy dotąd nie widział w okolicy. Wydawał się dla niego jakiś znajomy. Te oczy, nos – Jak ci na imię?
- Nie znam pana – chłopak skrzywił twarz.
- Nazywasz się Dowson?
- Co? Pierwszy raz słyszę to nazwisko.. – Dowson... Coś jednak mu to mówiło.
- Jak to? Twoja matka nie nazwała cię po ojcu?!
- Oczywiście, że nazwała mnie nazwiskiem mojego taty, Forrest. Zresztą, czemu ja panu to mówię… Żegnam.
- Czekaj?! Dlaczego Chelsea cię okłamuję?! – facet miał podarte spodnie i brudną koszulę. Nie pachniał także zbyt ładnie. Złapał się ramienia chłopaka, usiłując go zatrzymać.
- Chelsea? Skąd, pan znam moją matkę? Kim ty jesteś?!
- Jestem two…
- Alex! – z supermarketu wyszła nagle Chelsea – Co ty robisz? Gdzie jest Camilla? – obejrzała się na faceta, z którym rozmawiał – Kim jest ten… - kobieta stanęła jak wryta. Miała otwarte usta a twarz sparaliżował jej strach i zdziwienie – To ty – powiedziała w końcu – To ty! – wydarła się na cały parking. – Alex, idziemy! – pociągnęła syna w stronę zamieszkałej ulicy.
- Mamo, kim był ten facet? – zapytał chłopak, pomagając mamie wypakować zakupy z papierowej torby.
- To… nie ważne, Alex. Schowaj mleko do lodówki – mówiła, cały czas odwlekając temat o Anthony’ m. Nie chciała o tym rozmawiać. Nie chciała, żeby Aleksander dowiedział się prawdy. Nie chciała aby ten mężczyzna znowu wpakował się w jej życie. Tyle lat go nie było. W tej rodzinie od dawna już nie istniał. Chelsea wyrzuciła wszystkie zdjęcia i wspomnienia z czasów, gdy go kochała. Teraz po tylu latach, wraca. Bezczelnie wraca i znowu próbuje zniszczyć jej życie. Nie teraz. Nie teraz, kiedy wszystko już sobie poukładała.
- Mamo?! Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?! – wybuchł.
- Posłuchaj. Nie chcę ci powiedzieć, bo… - zastanowiła się przez chwilę – Oh! Dajże, ty mi święty spokój, do cholery! – i wyszła z kuchni, łapiąc się za głowę. Aleksander usłyszał dźwięk sprężyn w stary fotelu w salonie. Ktoś na nim gwałtownie usiadł. Zajrzał tam po kryjomu. Chelsea siedział obrócona tyłem do salonowego wejścia. Płakała. Chłopak po ciuchu schował całe zakupy i poszedł na górę do swojego pokoju.
„Pierwszy dzień wakacji” pomyślał Aleksander na drugi dzień od razu po przebudzeniu. Ta myśl napełniła go radością, bo kto by nie lubił wakacji. Zerknął na zegarek przy szafce nocnej. 10:56. Nareszcie w końcu mógł się porządnie wyspać. Nawet zapomniał o wczorajszym zdarzeniu. Szybko się ubrał i zszedł na dół coś zjeść. Był czwartek, więc Chelsea była już dawno w pracy a Rob zawiózł Camillę do swoich rodziców na tydzień. Potem sam udał się do pracy. Aleksander miał cały dom dla siebie, aż do godziny 17, bo wtedy wracała Chelsea. Nie zamierzał spędzać pierwszego dnia wakacji bezczynnie. Zadzwonił do Abigail. Chłopak nie miał przyjaciela w postaci chłopaka. Zawsze wolał towarzystwo dziewczyn.
- Cześć Abi, masz dzisiaj czas?
- Cześć Alex. Niestety… Wybieram się z rodzicami na plażę, na cały dzień, ale… może chcesz się z nami zabrać?
- Nie, nie chcę wam przeszkadzać. Pójdę so…
- No, coś ty! Nie będziesz nam przeszkadzał!
- Nie, daj spokój. Zorganizuje sobie jakoś dzień.
- Jak chcesz. Cześć.
- Cześć.
Nie umiał zorganizować sobie dnia. Zawsze robił to z Abigail. Wyszedł na miasto w celu poszukania sobie jakiegoś zajęcia na dziś. „Gdybym był dziewczyną, poszedłbym na zakupy, co ja mam robić?” pomyślał. Skierował się w kierunku boisk, których było kilka z Chicago. Do koszykówki, nogi, siatkówki, tenisa, itp. Koszykówka. Kiedyś to kochał. Był w małej, szkolnej drużynie. Trener go chwalił. Niestety, po jednym drobnym incydencie, przestał to robić. Rok temu przyszedł na trening i opiekun powiedział, że zostali zaproszeni za mecz w innej szkole. Aleksander oczywiście bardzo się ucieszył. Nawet zapytał się trenera czy może iść. Był pewny, że odpowie twierdząco, bo skoro zapraszają drużynę to jego także.
- Trenerze?
- Tak, Forrest? – odpowiedział ze wzrokiem utkwionym w rozgrywającej się, na sali gimnastycznej, grze.
- Czy ja także mogę jechać na ten mecz? – po tym pytaniu trener się roześmiał. Aleksander patrzył na niego jak na idiotę – No co?
- Posłuchaj – śmiech – jesteś na niski. Oni by cię nie wzięli na poważnie, chłopie!
- Jestem za niski? To dlaczego jestem tutaj? Dlaczego jestem w drużynie?!
- Wiesz… ja sam nie wiem! – znowu się zaśmiał – ale na pewno nie pojedziesz na mecz.
- Skoro jestem z wami, to chyba muszę coś dobrze robić!
- Jezu, Forrest. Dasz mi spokój? Możesz na nami pojechać, ale będziesz sprzedawał kukurydzę. Walker! – zwrócił się do chłopaka, który przejął piłkę – za trzy! Rzucaj! – kompletnie zignorował Aleksandra. Ten wyszedł i już nigdy tam nie wrócił. Do drużyny, rzecz jasna. Do dzisiaj pozostawało dla niego zagadką, dlaczego został przyjęty. Być może dlatego, że ich poprzedni trener miał zeza… Teraz już się tym nie przejmuje i próbuje zapomnieć.
Podszedł do chłopaków grających na boisku z kosza.
- Ej! – zawołał.
- Czego? – podszedł do niego chłopak z nisko osadzonymi brwiami i grubym głosem.
- Mogę z wami zagrać?
- Słyszeliście chłopaki?! Ten konus chce za nami grać!! – wszyscy się roześmiali wytykając go palcami.
- To znaczy, że jestem zbyt niski, żeby z wami zagrać?! – zapytał wkurzony.
- Tak, ku*wa!
Dzisiejsza młodzież. Po prostu ich codzienne słowa to przekleństwa. Monotonny harmonogram każdego dnia. Aleksander odszedł i postanowił pójść do parku, który był nieopodal. 

wtorek, 5 lipca 2011

4.

    - A więc dziś wszyscy nasi uczniowie polubili na chwilę szkołę, ...  bo się kończy rok nauki. - oznajmiła dyrektorka, po czym uczniowie zaczęli się śmiać potwierdzająco. Przemawiała tak jeszcze przez jakieś dobre piętnaście minut. Potem wszyscy rozeszli się. 
- Co powiecie na małe uczczenie początku wakacji ? - spytał Matt Donney, kiedy staliśmy w niewielkiej grupce przed szkołą. Był jednym z najładniejszych chłopaków z naszej klasy, ale też najgłupszym. Connie zawsze wołała do niego "do nogi", bo tak samo nazywał się jej pies. To zawsze wszystkich bawiło, prócz oczywiście jego samego. Był też chłopakiem jej najlepszej przyjaciółki Savantii. 
- Czemu nie! - rzuciła Sav i dała mu wielkiego buziaka w policzek. Nagle wszystkim się spodobał ten pomysł. 
- Ja nie mogę. - powiedziała Connie szybko, bo wszyscy już zaczęli ruszać w stronę bramy szkolnej.
- Niby czemu ? Choć raz nie możesz pójść z nami na piwo ? Jesteś dziecinna. - powiedziała Amanda, która była  najbardziej wytapetowaną laską w szkole i do tego paliła. 
- Nie jestem dziecinna tylko już mam umówione spotkanie. - odparła dziewczyna czując na sobie wszystkie spojrzenia jej kolegów i koleżanek z paczki.  
- Daj spokój! Najwyżej się spóźnisz. Za to postawię ci drinka. - powiedziała Savantia ze szczerym uśmiechem. 
- Nie piję. - odparła. Po tym wszyscy zaczęli wołać do niej coś w stylu "oj, daj spokój, jedno piwo nie zaszkodzi" albo "w końcu skończyliśmy szkołę, trzeba to uczcić" lub " musisz kiedyś spróbować alkoholu".
- Sorry, może kiedy indziej. - powiedziała i odeszła szybkim krokiem od grupy zmierzając w stronę wyjścia. Czuła się podle wiedząc, że teraz sobie pomyśleli o niej jak o kimś nudnym, a na pewno taka nie była. No ale trudno. 
   Connie na prawdę była umówiona na spotkanie, a co ważniejsze ze swoim ojcem. Zadzwonił do niej dzień wcześniej i poprosił o spotkanie. Wtedy pierwszy raz od niepamiętnych czasów usłyszała jego głos. A teraz miała go zobaczyć na żywo. Zastanawiała się tylko nad jednym - dlaczego dopiero teraz i że to z nią, a nie z Jenny chciał się zobaczyć. No ale i tak bardzo się cieszyła na te spotkanie. Wręcz nie mogła się doczekać. 
   Kiedy godzinę później czekała na niego w kawiarni na mieście poczuła się zraniona. Czekała na swojego ojca pół godziny po czym postanowiła zadzwonić na numer z którego dzwonił ale nikt nie odebrał. Poczekała jeszcze dziesięć minut po czym wyszła z kawiarni prawie ze łzami w oczach. Dla czego nie przyszedł na umówione spotkanie ? Może to były tylko głupie żarty ? Nie wiedziała co z sobą począć więc poszła do parku nieopodal i usiadła na ławce pod drzewem topoli. Zaczęła się rozglądać po czym rozpłakała się żałośnie.